poniedziałek, 5 lutego 2018

Pamiętnik.

26 marca 1943
Wszystko było zaplanowane, czekaliśmy tylko na znak od Orszy, a ten zaś czekał na znak naszych łączników, którymi byli Kadłubek (Witold Bartnicki) i Kuba (Konrad Okolski) . Dochodziła godzina siedemnasta, Orsza dostał informację od Wesołego, że tej więźniarce jadącej na Pawiak na pewno będzie Rudy. Ponoć był tak skatowany, że nie był w stanie samodzielnie dojść do samochodu. Nie chciałem nawet myśleć o rzeczach, jakie robiono mu na Szucha. Musieliśmy go odbić i koniec, nie powinniśmy nawet dopuścić do jego aresztowania i tej przeklętej metody przesłuchań, którą obrali gestapowcy, ale co się stało to się nie odstanie. Martwiłem się tylko o to, czy nasza akcja się powiedzie i miałem szczerą nadzieję, że tak będzie. Orsza mówił, że musimy działać zgodnie z planem, ale my bardzo dobrze o tym wiedzieliśmy. To była nasza najważniejsza akcja.
Z daleka widziałem, jak Kadłubek razem z Kubą stojącym po przeciwległej stronie ulicy wykonywali ukłony zdejmując przy tym kapelusze, w tej samej chwili usłyszałem gwizdek Orszy informujący nas o tym, że akcja się zaczęła. Samochód marki Renault zbliżał się, jednocześnie zauważyłem wychodzącego z najbliższej bramy policjanta ubranego w granatowy mundur
  • Precz stąd – krzyknąłem, trzymając w dłoniach pistolet skierowany w jego stronę – odejdź, jeśli ci życie miłe
Policjant był ogłupiały, jednak wyciągnął broń w moim kierunku. Strzeliłem pierwszy, a on padł na ziemie i oddał jeszcze kilka strzałów. W tym samym czasie kierowca samochodu przewożącego Rudego dodał gazu i zamiast wjechać w Nalewki, skręcił w długą. Chłopcy wyskoczyli przed samochód, słyszałem dźwięk tłuczonego szkła, a potem pojawił się płomień ogarniający przód pojazdu. Kierowca nacisnął gwałtownie hamulec, a więźniarka powoli zajechała pod Arkady Arsenału. Dwóch gestapowców wyskoczyło z płonącego auta, od strony Nalewki biegł oficer SS. Strzelaliśmy do Niemców, ale oni nie pozostawiali nam dłużni, oddawali każdy strzał. Musieliśmy jedynie uważać, by przypadkiem nie zranić nikogo w szoferce. Z pobliskich ruin padały strzały karabinu maszynowego. Trzej gestapowcy leżeli na ziemi, jeden z nich płonął. Płonął też ten siedzący za kierownicą szoferki.
Biegłem razem ze Słoniem (Jerzy Gawin) w kierunku drzwi szoferki, by jak najszybciej wydostać stamtąd więźniów i Rudego. Samochód cały czas płonął. Alek otworzył drzwi więźniarki, a oniemieli w niej ludzie ruszyli do ucieczki. Dopiero, gdy ponad dwudziestu ludzi wydostało się z pojazdu, mogliśmy dostrzec pełzającego w stronę wyjścia Rudego. Wyglądał on okropnie, jego twarz była zielonożółta, policzki miał zapadnięte, pod okiem miał wielkiego sińca, a jego oczy były wielkie i wybałuszone. Wyciągnęliśmy go z więźniarki i zanieśliśmy do samochodu. Rudy jęczał z bólu. Chwycił moją dłoń, jego palce były spuchnięte i czarne. Janek zaczął szeptać:
  • Tadeusz, ach Tadeusz, gdybyś tylko wiedział...
~~
Kiedy udało nam się odbić Rudego, wielu lekarzy oglądało go, chcąc jakoś ulżyć mu bólu. Wielu przyjaciół wchodziło do pokoju, w którym siedział, ale ja byłem z nim cały czas. Rudy bardzo cierpiał, jęczał z bólu. Jego ciało było całe spuchnięte i pokryte strupami i zaschniętą krwią.
W nocy oboje zasnęliśmy, ale koło północy Rudy się przebudził i zbudził mnie. Kazał mi usiąść i uścisnąć się, opowiadaliśmy sobie o przeżyciach ostatnich dni, dokładnie opowiedział mi wszystko, co robili mu na Szucha. Tym samym mówieniem zmęczył się bardzo, kazał mi się położyć i objął mnie zasypiając. Rano Rudy znów zaczął ze mną gawędzić, mówił o wspólnym mieszkaniu na wsi, o tym, że kiedy już tam zamieszkamy Alek będzie nas odwiedzał, ale Rudy nie wiedział o ciężkim stanie Aleksego.
Rudy nie mógł nic trawić, ciągle wymiotował. Jego nastrój naprzemiennie się zmieniał, raz radość, później ból i rozpacz. Tego dnia Rudy cierpiał jak nigdy, on umierał. Wszystko się we mnie skręcało, ten widok był najgorszy na świecie. Rudy nic nie wspominał o śmierci, jakby nie chciał wprowadzać uczucia zakłopotania wśród nas, pewnie wiedział, że ulga niebawem nadejdzie, ale nic o tym nie mówił. Kiedy chłopcy zaczęli deklarować wiersz o tym, jak to będzie za dziesięć lat, Rudy poprosił Janka o powiedzenie wiersza Słowackiego, gdy Czarny Jaś ledwo opanowanym głosem mówił Testament, Rudy trzymał mą dłoń i powtórzył jedną ze zwrotek:

Lecz zaklinam was, niech żywi nie tracą nadziei
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucone na szaniec...

~~
Rudy i Alek zmarli tego samego dnia – 30 marca 1943 roku. Straciłem wtedy dwóch przyjaciół. Alek zmarł przez ranę postrzałową, jak to w czasie wojny bywa, więc z tym bym się jakoś pogodził, ale śmierć Rudego? Zmarł w wielkim bólu i cierpieniach. Wspomnienie jego ciała lub opowieści przyprawiają mnie o dreszcze. Nie da się tego zapomnieć, nie można tego wybaczyć. Pomścimy Rudego, pomścimy każdego straconego...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz